Autorzy tej książki urodzili się w Polsce. Janina w Grodnie, a Marian w Wąbrzeźnie. Los zawieruchy wojennej rzucił ich różnymi drogami w 1950 roku do Australii Zachodniej. Tu założyli rodzinę obierając ten kraj jako drugą ojczyznę. Całe życie pielęgnowali język ojczysty – ich myśli i serca nigdy nie opuściły Polski.
Marian Brzeziński jest zwycięzscą tegorocznego konkursu Favoryty -
Moja Emigracja, ktorego Bumerang Polski był patronem medialnym. Wydanie własnej książki było właśnie jedną z nagród tego
konkursu.
We wstępie Marian Brzeziński pisze:
Napisanie chronologicznego zarysu historii Rodziny Brzezińskich jest
odpowiedzią na prośby moich dzieci, które pragnęły uzyskać znajomość swych
rodzinnych “korzeni”. Przez lata nie miałem okazji by im to przekazać ustnie i
nie wiem czy bym temu umiejętnie podołał. Opracowałem i wydałem 12 egzemplarzy
własnym sumptem, które były przeznaczone dla rodziny i najbliższych przyjaciół.
Moi kuzyni Henryk i Bogdan K. przekonywali mnie jednak, że “nasze życie
obfitowało w różne doświadczenia, które warto upamiętnić drukiem na większą
skale”.
Nadarzająca się okazja wygranej w
Konkursie Literackim p.t. “Moja Emigracja” zorganizowanym przez portal
“Favoryta”, pozwala mi właśnie na wydanie tej książki.
Oto fragment "Dziejów Nasze Rodziny":
Wyzwolenie
Nad ranem kanonada ucichła. Po jakimś czasie rozpoczął się warkot silników czołgowych. Najpierw daleki i słaby, za chwilę bliższy i silniejszy. Na wlotowej drodze miasta ujrzeliśmy pierwszy amerykański czołg, toczący się bardzo wolno środkiem drogi. Po obu stronach maszerowała infanteria. Za nim, drugi, trzeci i wozy pancerne, stanowiły nie kończący się sznur wojska. Bardzo nieśmiało zaglądaliśmy na nich z za węgła, aż wreszcie widzimy, że nie mają rogów. Ojciec ze swoim znajomym zadecydowali zaczepić jednego żołnierza i poprosić o papierosa, ja też swój nos wsadziłem. Próbują mówić do niego po francusku, nic nie rozumie, pokazują na migi, nareszcie żołdak domyślił się o co chodzi. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i poczęstował ich. Widzi, że w dalszym ciągu się na niego patrzą i między sobą rozmawiają po polsku. Wykrzyknął “Aha Polaki!” i łamaną polszczyzną starał się wytłumaczyć, że jest polskiego pochodzenia. Wcisnął ojcu do ręki resztę papierosów i pożegnał się, bo musiał dotrzymać kroku by się nie spóźnić do Berlina.
Gdy minęło pierwsze oszołomienie i
odetchnęliśmy pełną piersią, ojciec zaraz zabrał się do pracy organizacyjnej.
Samorzutnie powstaje komitet obozowy, na którego czele staje ojciec. Pierwszym
zadaniem jest spisanie ludności, zapewnienie im zaprowiantowania i
zakwaterowania. Następnie jest on władzą pośredniczącą między ludnością polską
i dowództwem wojskowym, do wprowadzenia ładu i porządku. Siedzibą komitetu
obozowego jest kawiarnia Rheinhart w centrum miasta. Pan Rheinhart, może jedyny
poczciwy Niemiec w mieście, w dalszym ciągu piecze smaczne ciastka i usługuje
im kawą, teraz już prawdziwą, dostarczoną przez wojsko amerykańskie. Zresztą,
nie miał wyboru. Praca choć mozolna, daje owoce. Po miesiącu zapada decyzja
władz wojskowych, o przeniesieniu wszystkich Polaków do wielkiego obozu we
Frakfurcie. Daje to pole do popisu komitetowi obozowemu.
Wszyscy zostali przewiezieni w
wojskowych lorach, my oczywiście ostatni.
Obóz we Frankfurcie znajdował się w
dzielnicy zwanej Römer Stadt, co w ludzkim języku oznacza Rzymskie Miasto.
Charakterystyczną cechą było to, że domy były jedno piętrowe z płaskimi dachami
o jednakowej architekturze, różniły się tylko
kolorem. Wysiedlono Niemców z całej dzielnicy składającej się z pięciu
równoległych, oraz dwóch poprzecznych ulic. Musieli opuścić mieszkania,
zostawiają prawie wszystko co posiadali. Kierownictwo obozu, obecnie liczącego
10 tysięcy ludzi przejmuje ojciec. Jest odpowiedzialny za organizację życia
obozowego, do czego ma wielu pomocników, więc koncentruje się teraz na
zorganizowaniu życia kulturalnego, w tym szkół z wykładami w języku polskim.
Pierwszym odruchem Polaków na obczyźnie
była myśl szybkiego powrotu do kraju, lecz docierające znad Wisły wiadomości
nie były pomyślne. Światopogląd ojca
wyniesiony z domu rodzinnego nie pozwala pogodzić się z tym, że w Polsce ma
zapanować ustrój komunistyczny. Postanawia zostać tym czasem, na terenie
Niemiec.
Po kilku miesiącach amerykańskie władze
wojskowe decydują przejąć obóz na własne cele i rozwożą Polaków do innych
obozów. Jednocześnie powstaje nowy, mniejszy obóz położony po drugiej stronie
rzeki Nida, w poniemieckich żołnierskich barakach, szumnie nazwany “Warszawą”.
Przenosimy się tam i ojciec zajmuje się wyłącznie szkolnictwem a ja zaczynam
ponownie chodzić do prawdziwej polskiej szkoły. Trzeba teraz nadrabiać stracony
czas nauki. Nie była to szkoła normalnie podzielona na klasy, każdy uczeń jak
najszybciej uzupełniał swoje braki, by się przygotować do szkoły średniej.
Umiejętność organizacyjna ojca oraz
pasja zawodowa są szybko dostrzeżone przez władze alianckie. Zostaje
przeniesiony na kierownika szkoły powszechnej do obozu w Lippstadt, w strefie
angielskiej. Tu zaczynam pierwszą klasę gimnazjum, którą muszę ukończyć w
przeciągu trzech miesięcy, - udaje się. Następną klasę, w przeciągu sześciu
miesięcy, jest trudno, ale poszło. Pozostające klasy przechodzę prawie
normalnie. Po roku ojciec z mamą wyjeżdżają do Solingen aby przejąć
kierownictwo IV Okręgu Szkolnego na okręg Nadrenii i Północnej-Westfalii, a ja
zostaje w internacie. Likwiduje się obóz w Lippstadt, a z nim i gimnazjum,
uczniowie są przeniesieni do Borghorst następnie do Bocholt w pobliżu granicy
holenderskiej. Nie długo tu zabawiamy, bo nas przerzucają do Rahden gdzie w
marcu 1950 roku zdaję maturę i otrzymuje świadectwo szkoły średniej uprawiające
do studiów wyższych.
Przez ten czas ojciec piastuje
stanowisko Kuratora Szkolnego z ramienia Ministerstwa Oświaty Polskiego Rządu w
Londynie i jest odpowiedzialny za szkolnictwo podstawowe i średnie i za
polskich studentów na niemieckich uniwersytetach w Bonn, Kolonii, Münster i
Frankfurcie. Również poświęca się pracy społecznej i kulturalnej, by podtrzymać
u rodaków patriotyzm i ducha polskości.
Dnia 20 września 1949 roku, na
terytorium byłych trzech stref okupacyjnych: Stanów Zjednoczonych A.P.,
Wielkiej Brytanii i Francji została utworzona Niemiecka Republika Federalna. W Europie powstają dwa
wrogie obozy. Polska jest państwem socjalistycznym, na drodze do komunizmu i
jest uzależniona od Związku Radzieckiego. W kraju zaczyna się drugi okres
terroru stalinowskiego, okres szczególnych prześladowań ludzi myślących o
wolnej Polsce.
Mamy teraz okazję do emigracji albo do
Anglii, Ameryki lub Kanady. Mogliśmy nawet pozostać w Niemczech, ale tej
alternatywy nie brałem pod uwagę, z wiadomych względów. W rozmowie rodzinnej i
pod moim naciskiem decydujemy się na wyjazd do Australii, aby być jak najdalej
od niepewnej sytuacji w Europie.
Złożyliśmy podanie do konsulatu i
zostaliśmy zaproszeni do Australii i to dlatego, że Australia była krajem
wolnym i demokratycznym. Zaczynają się teraz obozy przejściowe, najprzód w
Münster, a po tym w Fallingbostel, Verden i Delmenhorst.
Wyjazd z Niemiec nastąpił 4 października
1950 roku, z portu Bremerhaven okrętem marynarki wojennej Liberty Ship –
“General Hersey”. Podróż była długa i uciążliwa. Okręt był przeludniony, było
ciasno i niewygodnie. Dodatkowo dało się odczuć tropikalne gorączki. Bagaż nasz
składał się z trzech walizek, oraz dwóch skrzynek drewnianych, wprędce
skleconych z desek rozebranych szaf. Majątek pieniężny wynosił dwa
australijskie funty (£A2.00), które wydaliśmy w Port Said kupując pamiątki.
Płynąc przez Morze Północne, Kanał
Angielski, Zatokę Biskajską, Cieśninę Gibraltaru, Morze Śródziemne, Kanał
Sueski, Morze Czerwone i Ocean Indyjski, zauważamy na horyzoncie wybrzeże
Australii Zachodniej. Okręt, pomimo że miał płynąć do Melbourne, zawinął do
Fremantle, wchodzącego w zespół miejski Perth.
Wiadomość o zmianie docelowego portu
otrzymał kapitan gdzieś na środku Oceanu Indyjskiego i skierował okręt o kilka
stopni w lewo. Gdy zbliżaliśmy się do wybrzeża, stanęliśmy przy burcie
okrętowej oddychając zadymionym powietrzem lecącym od strony lądu. Jakiś
żartowniś przekornie bąknął: “to
Australia się pali”. “Więc jedziemy w ogień” – zawtórował inny. Pierwszy raz w
życiu doznaliśmy, wcale przyjemny zapach palących się eukaliptusów. Przyglądając
się zabudowaniom portowym oraz nadbrzeżnym domkom z zafrasowanym niepokojem
zbliżaliśmy się do naszej “drugiej ojczyzny” i mieliśmy wielką nadzieję, że
polepszy się nam przyszłość.
* * *
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy